Będę tańczył - czyli o umieraniu i śmierci.


Zmarli są wśród nas. To wibracje w śpiewie ptaków, szeleście liści, w podmuchach wiatru i zapachu traw.



Pokój dziadka był za drzwiami z mlecznymi szybami. Na wprost, stało stare drewniane łóżko z wysoko uniesionymi poduszkami, po lewej wielka stara szafa, a tak bardziej po prawej, angielka i metalowe pudło na węgiel. Bokiem na oknie, lampowe radio wyświetlające na ścianie wzór otworów tylnej ścianki. Stary taboret przy łóżku, jakaś katolicka gazeta i na ogół pełna popielniczka.

Dziadek nie był mój. Był mojego szkolnego kolegi, nie wstawał z łóżka, miał pogodny charakter i dużo palił. Papierosy przecinał na pół, używał starej drewnianej cygarniczki, czasami częstował.

Oprócz źródła papierosów, dziadek służył też jako alibi. Jak każdy dorosły mężczyzna zacząłem palić mając 13 czy 14 lat, a konieczność ukrawania tego faktu był powodem moich dość częstych tam wizyt, zwłaszcza w czasie deszczu czy mroźnych wieczorów. Na temat palenia smarkaczy dziadek milczał jak grób, a smród dymu tanich papierosów szedł na jego konto.

Szybko rzuciłem palenie, i nie wiem jak potoczyły się jego dalsze losy, ale to był mój pierwszy kontakt ze starością, chorobą, przemijaniem. Ten obraz zapamiętałem jako coś absolutnie naturalnego, wręcz ciepłego. Pogodzenie starca z losem, jego uśmiech, akceptacja. Troska rodziny, ogólne rozumienie kolei losu. Tradycyjna wielopokoleniowa rodzina, gdzie narodziny, starość, choroba, potem śmieć są czymś naturalnym, od czego się nie ucieka jako kłopotliwej, wysoce niekomfortowej i nieestetycznej sytuacji.


Śmierć i umieranie to dziś niemodny brand, niemodny bo niegenerujący biznesowych zysków, może z wyjątkiem krótkiego okresu dla producentów stearyny, chryzantem i jesiennych ubrań. Przecież Wszystkich Świętych to czasami jedyna w roku możliwość pokazanie się rodzinie i znajomym. To tłumy spacerujących bez końca cmentarnymi uliczkami. Wystrojonych, pachnących, zadowolonych. Przyjechali z daleka, jest szansa na zademonstrowanie udanego życia, którego przejawem ma być nowy płaszcz czy markowa torebka.


Umieranie bliskich bardzo długo mnie nie dotyczyło i nie bardzo miałem kogo odwiedzić na cmentarzu, ale lubiłem w tym dniu pójść na stary zaniedbany kirkut, jeszcze bez kutego ogrodzenia i marmurowych tablic przy wejściu. Zawsze też lubiłem pierwszowojenne i łemkowskie cmentarze melancholijnie rozsiane w Beskidzie Niskim, czy bojkowskie w Bieszczadach.

Mijały lata, w których o śmierci, jako temacie tak odległym jak międzygalaktyczne odległości, nie myślałem wcale. Potem tak całkiem nagle pojawiła się śmierć osób bliskich. Śmierć miała głos telefonicznego dzwonka. Podnosiłem słuchawką, bądź naciskałem przycisk i słyszałem;...... zmarł.


Będąc samotnie w podróży, gdzieś tam kilka tysięcy kilometrów od czegoś zwanego domem, w czasie bezsennej nocy błądzący umysł szukał oparcia, szukał w oddali jakby małych punkcików na mapie - przyjaciół. Starych, sprawdzonych, gdzie wszystko jest jasne bez wymiany słów i zbędnych ceregieli. Znajdował.

Ale odchodzą. Zbyt młodo, często przeżarci używkami mającymi stłumić ból otaczającej rzeczywistości, niepogodzeni z realiami współczesnego świata i okolicznościami w jakim przyszło im żyć. Odważnie, do końca wierni wyznawanym zasadom, niezłamani wizją nadchodzącej śmierci.


Kaukaski klimat mumifikuje zwłoki złożone w górskich kamiennych mauzoleach. Okolice Koban-Osetia Północna



Dziś Dzień Zmarłych, więc może uczczę pamięć tańcząc między nagrobkami, zachęcony uśmiechami porcelanowch zdjęć. Bez żalu, niemal radośnie, też z uśmiechem. Przecież są nacje tańczące i wznoszące toasty na cmentarzach. Rodzinnie, gwarnie, bo odeszli, ale przecież są wśród nas.

Potem zakończę taniec, znicze pogasną, a ja zostanę z pytaniem o śmierć. Może odpowiedzią będzie wiara w Boga, z nadzieją na życie wieczne, dająca nieskończony komfort istnienia bez zbędnych pytań. Może ciężka praca nad sobą jako próba wyjścia z z dualnego postrzegania otaczającego świata i samsarycznego kręgu narodzin i śmierć. Może poszukiwania w światach równoległych, a może skrajny hedonizm, gdzie nie ma czasu na zadawanie pytań.


Ostatnia wieczerza - olej na płótnie. Krzysiek Wiśniowski - bieszczadzki artysta i przyjaciel.



Śmierć jest naturalną konsekwencją narodzin, trzeba to zrozumieć i pogodzić się z tym. Ale bywają sytuacje trudne, gdzie rozumienie śmierci wymyka się percepcji, gdzie brak jest wytłumaczenia. Znamy fakty z historii, przerażające, straszne, ale dziwnie mentalnie odległe, ale są też zdarzenia które dotykają bezpośrednio, boleśnie i zostają na zawsze.

Pamiętam jak ogarnięty bezsilnością stałem oparty o ścianę szkoły w Biesłanie. Miejscu tragicznej śmierci 334 osób w tym 186 dzieci. Ofiar politycznych ambicji, cynizmu i nikczemności. Pamiętam noc w Górskim Karabachu. Męską rozmowę w cztery oczy z dużą butelką tutowki. Kapiące bez cienia skrępowania łzy po hardej twarzy. Próba wytłumaczenia i próba zrozumienia jak to jest, że ze spokojnego i dobrego człowieka, dobrego męża i ojca, stajesz się tym który zabija. Zabijasz, niesiesz śmierć. Jak zmienia się człowiek w obliczu zagrożenia, presji sytuacji, presji tłumu. Czym jest kawałek zadrukowanej szmatki zwanej flagą, kilka nędznych palików zwanych granicą, umowny obszar zwany ojczyzną. Co to jest patriotyzm? Czym są religie miłości, chrześcijaństwo i islam? Gdzie jest prawda?


Fragment materiałów z czasu pobytu w Biesłanie. Szkoła Podstawowa nr 1 Biesłan, Północna Osetia.




Czas biegnie, temat śmieci staje się dla mnie jakby bliższy, a tym co powoduje, że z nieśmiałym zaciekawieniem zerkam czasami w tamtym kierunku, jest to, że wszystko nagle stanie się jasne. Śmierć to sprawdzian deklaracji Bogów wszelkich religii i wizji szarlatanów wszelkiej maści. To rozwikłanie zagadanki nad którą od zawsze głowiła się cała rzesza filozofów.

Będę wiedział, ......... i Ty też.








Zapal świeczkę. Jacek Dewódzki i Dżem.

Źródło: YouTube