Nie idę do sklepu - czyli w kierunku niezależności.

20/10/2016

 

Dawno temu, rozmawiając o moich poszukiwaniach miejsca na uboczu i wspominając z nostalgią samotne siedliska rozrzucone w syberyjskiej tajdze czy na azjatyckich stepach, słyszałem na ogół;  no dobra, a do sklepu ?  Dawałem wyuczoną odpowiedź; do sklepu, a po co ?  

Tu następowała konsternacja, bo wiadomo, do sklepu pójść trzeba, ale po co, to już jest całkiem inna historia. Po chwili słyszałem; no, no....... a na przykład po chleb.

 

 

Chleb.

Niezależnie czy ma on znaną nam formę, czy jest w postaci różnej grubości placków, bardziej wypieczonych, lub wypieczonych mniej tak by można je było łatwo zwinąć, zapakować i np. przytroczyć do siodła, jest to zawsze mieszanina mąki i wody.

Jeszcze szczypta soli, i jeżeli masz ochotę i pomysł, dorzucasz to co akurat jest pod ręką. Nie mający zakwasu, czyli ponownie mąki i wody, potrzebują jeszcze drożdży, pozostali mają zakwas lub gorący klimat powodujący natychmiastowe powstawanie zaczynu, bądź też wypiekają  bez fermentacji.

Chleb piekę od wielu lat, w stacjonarnych okresach życia. Obecnie podstawą dla mnie jest orkisz czyli modna teraz odmiana zboża pierwotnego, mająca tą zaletę, że nawożenie przynosi zmniejszenie plonów, czyli skutek pozytywny dla konsumenta. Orkisz mieszam z żytnią mąką, a ostatnio by nadać orzechowy posmak dodaje amarantusa. Ponieważ ziarno można przechowywać znacznie dłużej i łatwiej niż mąkę, przechowuję zboże, i mielę na bieżące potrzeby z niewielkim zapasem. 

 

 

Nie samym chlebem człowiek żyje, do sklepu daleko, więc mam i worek rzepaku. Worek i trochę szczęścia, bo kupuję w firmie która jest dostawcą dla przemysłu farmaceutycznego i każda partia jest badana laboratoryjnie. Uzyskiwana czystość ziarna w sensie fizycznym to 99,9%, a ziarna są jednorodne pod względem składu chemicznego, i oglądałem urządzenia odrzucające na podstawie wielkości i  barwy, te które nie spełniają kryteriów jednorodności. 

 

Już za kilkadziesiąt złotych można kupić ręczną wyciskarkę, ale mój minimalizm jakoś w tym przypadku nie zadziałał i kupiłem w Chinach elektryczną. Chiny i Turcja to chyba najwięksi producenci tego typu urządzeń do domowego użytku . Podobnie jak Korea wyciskarek do owoców. Tłoczę raz na miesiąc, czyli tyle, ile można przechowywać olej bez utraty właściwości.

 

 

Funkcjonująca do 1920 roku tłocznia oleju sprzed wieków - Bezirhane centralna Anatolia

 

 

 

Zrezygnowałem całkowicie z zakupu oliwy, gdzie oliwa extra virgin jest jednym z najbardziej fałszowanych produktów spożywczych w Europie.

Tak wytłoczony olej rzepakowy ma się absolutnie nijak do tego kupowanego w sklepie. Pomijając walory smakowe, ten ze sklepowej półki wartości odżywcze ma żadne, a ze względu na zastosowane procesy technologiczne jest wprost szkodliwy. Olej rzepakowy zwany czasami oliwą północy  ma optymalny dla zdrowia skład chemiczny bardzo zbliżony do oliwy.

 

Ponieważ sam  chleb i olej byłyby skrajnym minimalizmem, więc wiosną tak na szybko, założyłem kilka wyniesionych grządek permakulturowych.

Tym którzy nie wiedzą o co chodzi, tłumaczę. Permakultura to sposób uprawy dla leniwych, dla tych którzy chcą mieć warzywa i owoce, a  nie chcą pracować. To cała rzesza leniuchów, którzy jako społeczne alibi, dorobili sobie ideologię uprawy zgodnej z naturą, czyli taką, gdzie nikt nie przekopuje ziemi, nie plewi, nie podlewa, oczywiście nie nawozi chemicznie i nie stosuje środków ochrony roślin. Wygodne ? Wygodne.

Więc mam uprawy permakultorowe. Działa. Raz podlałem, by sprawdzić kupioną niegdyś konewkę. Kilka razy przechodząc między grządkami wyrwałem roślinę uznaną za wrogą, ale szybko przestałem słysząc szept przerażonej fasoli do rosnącej obok pietruszki - widziałaś co zrobił ?  Widziała.

 

Doświadczenie mam żadne, wiedzę zaczerpniętą z  torebek z nasionami,  uprawy niewielkie, więc brakuje, i to nie tylko na przednówku jak to zawsze bywało. Ratunek jest za domem, czyli na łące.

 

 

Tam grubo ponad połowa tego co rośnie jest jadalna. Ale dla niektórych gatunków bywają ograniczania w zjadanej ilości, inne mają niewyszukany smak, bywają też pracochłonne w przygotowaniu. Więc zbieram żółtlnicę. Sympatyczną, powszechnie występującą roślinkę uznaną za pospolity chwast. Lubię żółtlnicę. Lubię za wspaniały smak, możliwość zjadania całej nadziemnej części czyli brak roboty, dostępność, długi okres występowania w sensie przydatności i brak ograniczeń w spożywanej ilości. Nazbierałem. Jeszcze trochę świeżo wyłuskanej fasoli, oczekująca na wykopanie cebula i czosnek. Gotowe.

20 października, mój kolejny dzień bez wizyty w sklepie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Please reload