Siedziała przy ścianie rozpalonej ostrym słońcem tureckiego Kurdystanu. Całkiem przypadkiem wymieniliśmy spojrzenia. Spojrzała bez wrogości i niechęci chyba, ale na tyle dziwnie, że zapamiętałem twarz i spojrzenie.

Wieczorem wyjechałem z miasta by z dala od siedlisk ludzkich, na odludziu, spokojnie przespać się przed dalszą wędrówką.

Przygotowałem koczowisko, rozpaliłem ogień i zabrałem się za przygotowanie posiłku. Nagle coś zaczęło się ze mną dziać. I ja, który nigdy nie choruje, nie zna zdrowotnych kłopotów, bez jakichkolwiek dających się zlokalizować dolegliwości traciłem siły w błyskawicznym tempie.

Położyłem się - bardziej może - padłem bez życia. Mimo ciepłego wieczoru, zacząłem trząść się z zimna.

W malignie narzucałem na siebie wszystko co nadawało się do przykrycia. Leżałem kilka godzin bez woli i możliwości zrobienia czegokolwiek.

Pamiętam tylko, że miałem pomysł odszukania antybiotyków które na wszelki wypadek od lat wożę w wyprawowej apteczce. Ale to tylko niewykonalna w tym stanie wizja zrobienia czegoś by przeżyć. Nie byłem w stanie ruszyć się z miejsca. Pamiętam rozgwieżdżone niebo oraz refleksję, że zanim mnie ktoś przypadkowo odnajdzie, minie miesiąc albo i trzy.

 

Obudziłem się mokry od gorąca. Jeszcze nie świtało. Była pewnie trzecia, może czwarta. Wszystko trwało 5, 6 godzin. Obudziłem się absolutnie zdrowy, pełen sił witalnych.

Do dziś zostało wspomnienie wieczoru, wspomnienie stanu w którym się znalazłem i spojrzenia które zapamiętałem.