Ukraińskie Zakarpacie.

Trafiłem na imieninową uroczystość.

Taką na świeżym powietrzu.

Mężczyźni pod drzewem na krzesłach, odwróconych wiadrach i co tam kto miał.

Deska na ziemi udawał stół.

Kobiety donosiły czasami coś brakującego.

 

Wypiłem za zdrowie i poszedłem po butelkę. Problem. Jako gość nie mogę postawić, nie wypada. Szacunek dla gościa większy niż imieninowy obowiązek.

Postawiłem.

 

Mimo nalegań Bylo, i przygotowanej tylko dla mnie izby, spałem pod gołym niebem.

Rano, skoro świt, mama Nadii z sąsiedztwa, przyniosła mi kawę. Prawdziwą cygańską. Czarną, gorącą, posłodzoną.

Podała z uśmiechem, z życzeniami dobrego dnia.

Był dobry, kilka kolejnych też.

Potem odjechałem. Od miesiąca trwały walki na wschodzie Ukrainy. Odjeżdżając usłyszałem;

jak będzie wojna przyjedź. Jest wolna chałupa, razem damy radę, bardziej niż ty tam u siebie.

 

Bez wątpienia tak. Dziękuję.