​​​Syberyjscy szamani powiadają, że zachodzące słońce rozświetlające na krwisto horyzont, to znak otwarcia wrót świata podziemnego.

Gdy mijałem małą maramurską wioskę bez nazwy, słońce zachodziło właśnie tak, na bardzo czerwono. Gałęzie przydrożnych drzew przepuszczały i zatrzymywały promienie słońca, jakby dla zabawy włączające, i wyłączając światło. Lekki wiatr unosił kurz z drogi tworząc mgiełkę odrealniającą rzeczywistość.

 

Miałem wrażenie,  że w oddali  pojawiła się postać. W rytm mijanych drzew i błysków światła, postać pojawiała się, i znikała, pojawiała się i znikała.

Zjawa w magicznym interwale istnienia.

Całkiem już blisko, zobaczyłem. Szła dumnie skrajem drogi, z przerzuconą przez ramię chustą z niemowlęciem. Zwolniłem zerkając. Nie odwzajemniając spojrzenia, patrzyła przed siebie.

Karpacka bogini. Młoda, szczupła z sygnalizującymi łatwość rodzenia dużymi biodrami. Falbaniasta spódnica pracowała w narzuconym rytmie. Piękna śniada twarz z dużymi czarnymi oczami.

Przejechałem obok, i automatycznie spojrzałem w lusterko, .......................... pusto.

Tylko droga, lekko oświetlona przesączającymi się z ledwością resztkami światła.