Z dala od wielkomiejskiego gwaru, świętuję Edrelezi w maleńkiej górskiej wiosce na pograniczu serbsko - kosowskim. Zaproszony przez Marko, wracam ze Skopje. Jakoś bliżej mi do kameralnych wiejskich klimatów, niż blichtru wielkich miast.

 

Marko przyjechał na kilka dni. Pracuje we Włoszech, a tutaj buduje dom. Dom taki już trochę wykończony. Jedna kondygnacja niemal gotowa, choć jeszcze niezamieszkała. Chodzimy całą rodziną. Pokazują, jednocześnie planując urządzanie kolejnych pomieszczeń. Wystawny dom brata tuż obok, tam też, będąc w pobliżu mogę wziąć klucze, mając ochotę bądź potrzebę zatrzymania się na trochę.

Wykończenie jeszcze potrwa, trójka dzieci to spory bieżący wydatek, a dom niemały, kontrastujący z niewielkimi domami Serbów.

Zabieramy wystrojone dzieci i jedziemy jeszcze bardziej w góry.

Mama, siostra, brat. Kolejny gościnny dom. Wieczorem przyjeżdżają następni goście. Rodzina. Poznałem już chyba wszystkich w okolicy. Biesiada trwa, uczestniczę i podglądam świąteczne rytuały które czasami wydają się być bardziej pogańskie niż mające cokolwiek wspólnego z religią.

Gra muzyka, wszyscy tańczą, wszyscy śpiewają. To radość istnienia, radość bycia razem.

Kilka kilometrów, różnica dwóch pokoleń i wielki kontrast między tym co na dole, a tym co tutaj. Świat skomercjalizowanych idei, i ginący świat cygańskich wartości.

Jakby na potwierdzenie, Marko tłumaczy, że ledwo stojący rodzinny dom nie będzie remontowany. Nie warto, poczekają aż się zawali.

Boję się tylko, że w ślad za nim, zawali się tradycja, zaginą bezpowrotnie obyczaje, a i Durdevdan nie będzie już taki. I niesłychanie banalna konstatacja; właśnie coś umiera na moich oczach.

Niestety, umiera.