Romskie osiedle na peryferiach zagubionej wioski. 150 osób, dwie studnie. Nędzne chałupy powstałe z tego, co było pod ręką

 

Jak zawsze wstałem bardzo wcześnie.

Może dlatego, że śpiąc na zewnątrz, bardziej wiąże się z rytmem słońca, odczuwam zmieniające się pory roku, i przekonuję się, że wpływ faz księżyca to nie książkowe dyrdymały.

 

Usiadłem pod koślawym murem z wysuszonej gliny.

Pierwsze promienie słońca zaczynają ogrzewać cygański świat. Panuje cisza przerywana czasem poszczekiwaniem psów.

Potem zaczyna się wstawanie. Pierwszy sygnał to odgłosy - kaszel i odpluwanie. To wypalane w dużych ilościach papierosy. Zaraz potem czujesz, że to już ranek i czas na poranną kawę. Czujesz, bo zagotowanie wody wymaga rozpalenia w piecach, a pali się tym co jest, czyli nie zawsze ekologicznie. Niemal jednocześnie, na całym osiedlu zaczynają pojawiać się smużki wątłego dymu. Pojawiają się też pierwsi ludzie. To poranny spacer do ukrytych obok w krzakach, drewnianych wychodków.

Słońce zaczyna przygrzewać mocniej. Siedzę leniwie i obserwuję życie.

 

Życie. Na najważniejsze pytania są bardzo proste odpowiedzi. Można starać się je odnaleźć w uniwersyteckich gmachach, można na cygańskim osiedlu. Tam, zakamuflowane intelektualnym sztafażem, tutaj w formie najczystszej.