​​​Los, albo coś tam rzucił mną do Aniołczewa, małej podkarpackiej wioski na styku z Bieszczadami.  A dokładnie, to  poza wioskę. Siedlisko  w lesie,  na wzniesieniu i bez sąsiedztwa.  Mniej więcej tak jak miało być.

Nazwa miejscowości powstała w 1756 roku kiedy to Dymitrowi Hrynio największemu wioskowemu pijanicy ukazał się Anioł.   W następnych latach Anioły wielokrotnie odwiedzały wioskę, odwiedziny te trwają nadal,  są dość częste i bywają inspirujące.

Pomysł zamieszkania całkiem na uboczu tkwił we mnie od bardzo dawna,  a po kilku ostatnich latach poświęconych wyłącznie  włóczęgostwu  stał się faktem.

Zawsze najważniejsza dla mnie była i jest wielowymiarowa wolność. Zewnętrznie to konieczność bycia maksymalnie poza systemem, minimalizm, życie blisko natury i dążenie do samowystarczalności. Co prawda najwyższą formą egzystencji jest nomadyzm, ale w moim przypadku nadszedł etap osiedlenia się, i  jest to czas najbardziej fascynującej z podróży czyli podróży w głąb siebie.

Bycie dziadem wędrownym było podróżą przed siebie. Niespiesznie, bez wytyczonego kierunku i celu. To fascynacja sytuacją w której o wszystkim decyduje przypadek.

W podróży zawsze najważniejsi  byli napotkani ludzie.   Teraz w

 

 

 

 

​​​​​​​moim pustelniczym życiu bywa, że przez dwa, trzy tygodnie nie widzę człowieka, i wtedy pojawia się tęsknota. Za rozmową, wymianą spojrzeń, próbą odgadnięcia drugiego. 

Jeżeli masz ciekawą opowieść, lub chcesz pobyć w miejscu gdzie żyje się  w rytmie przyrody, bez telewizji, telefonów i codziennych gazet. Tolerujesz proste wegetariańskie jedzenie. Masz odwagę, by spojrzeć w głąb siebie i chcesz znaleźć się w miejscu gdzie będą do tego warunki - napisz. 

Ktoś powiedział bym zrobił stronę. Będą wpisy będzie znak, że żyjesz.

Złudne,  zgon  może  być tylko  jednym  z  powodów  ich braku.